„Drużynowy” – wpisz do CV

Autor: Marta Tittenbrun

Opowiadając o swoich harcerskich doświadczeniach, warto używać słów zrozumiałych dla wszystkich – czyli również dla osób, które nigdy z harcerstwem nie miały do czynienia. Dlatego zamiast „instruktor” czy „drużynowy” powiemy „lider”, a „komendant podobozu” to nie kto inny jak „opiekun” czy „wychowawca”.

Jeśli na rozmowie kwalifikacyjnej powiesz, że jesteś drużynowym, prowadzisz zbiórki, a latem jesteś komendantem podobozu, to prawdopodobnie nie zostaniesz dobrze zrozumiany. Zamiast tego powiedz, że jesteś liderem grupy młodzieży (lub dzieci) w takim i takim wieku w największej organizacji pozarządowej w kraju. Od razu brzmi poważniej, prawda? Zapewne skończyłeś kurs drużynowych, więc zostałeś przeszkolony w zakresie planowania, przeprowadzania i oceniania całorocznego działania – wszystko to można wpisać do CV. Pamiętaj, że jako drużynowy odpowiadasz za kształcenie liderów małych grup (zastępowych), zarządzanie finansami podstawowej jednostki organizacyjnej (drużyny), współpracę ze środowiskiem lokalnym:  rodzicami, szkołą, parafią itp.

Nawet jeśli nigdy nie pracowałeś zawodowo, zastanów się nad tym, jakie doświadczenie wyniosłeś już z harcerstwa. Organizowałeś jakiś rajd? Wpisz do CV organizację przedsięwzięcia lub imprezy o charakterze turystyczno-krajoznawczym. Zlot? To spotkanie o zasięgu lokalnym/krajowym/regionalnym mające charakter okolicznościowy, służące realizacji konkretnego programu. Jeśli zrealizowałeś pozytywnie próbę na stopień (zwłaszcza instruktorski), możesz pochwalić się umiejętnością realizacji postawionych celów lub silną motywacją do wypełniania zobowiązań. Zapewne zdarzyło ci się też być project managerem, choć nigdy o tym nie pomyślałeś. Planowałeś pracę drużyny, więc planowałeś działania całoroczne, rozdzielałeś zadania i kompetencje, zarządzałeś czasem swoim i innych, wyznaczałeś i realizowałeś cele długoterminowe.

Pomyśl też, jakie umiejętności miękkie daje ci harcerstwo. Jesteś wychowawcą i liderem zespołu, więc musisz mieć wysoko rozwinięte zdolności interpersonalne. Umiesz pracować w zespole i nim zarządzać. Pewnie jesteś kreatywny w znajdowaniu rozwiązań problemów. Umiesz motywować i wspierać innych w rozwoju. Masz silną motywację do pracy. Jeśli uważasz się za dobrego drużynowego, jesteś też dokładny, skrupulatny i systematyczny.

Pamiętaj o tym wszystkim, kiedy będziesz wysyłał swoje pierwsze lub kolejne CV. Twoje doświadczenie harcerskie to bardzo dużo – trzeba tylko umieć o nim odpowiednio mówić.

Harcścisk

Autor: Jakub Sieczko

Rozliczyć, zadzwonić, przypomnieć, odpisać, ochrzanić, spotkać się, pochwalić. Na wczoraj, na jutro, deadline, najpóźniej dziś, najszybciej jak się da, już dawno po, o kurczę, zapomniałem. Zebrać, przeprowadzić, skonsultować, przyjąć, przekazać, sprawdzić, załatwić. Za godzinę, cały rok, jeszcze trochę, z wysokim priorytetem, bezzwłocznie.

U niektórych jedna czwarta, u innych jedna trzecia, u części pół, a u jeszcze innych trzy czwarte. Czego? Życia. Życia instruktora, życia zaangażowanego działacza, drużynowego, komendanta, szefa, opiekuna. Niepotrzebne skreślić albo potrzebne dopisać. Naszego życia, które – choć różne – to w tej części jest uderzająco podobne. Jest „coś”, co pchnęło do przodu i kazało zacząć. Jest ten przeklęty ścisk w brzuchu, kiedy nie wszystko zostało dopięte na ostatni guzik (jedna koleżanka z harcerstwa powiedziała mi, że już go nie ma, odkąd oddała swoją ostatnią funkcję). Są serie rozczarowań, zawodów, głupich przepychanek i kłótni. I ta lista zadań, która nigdy nie chce się skrócić – obetniesz jedno, a na to miejsce dopiszesz dwa nowe.

Spójrz na to z boku. Wpakowali cię w jakiś głupi mundurek, dali gromadę dzieci, wędrowników czy instruktorów pod opiekę, zajęli mnóstwo czasu, częściej krzyczeli, niż chwalili – i jeszcze ten przeklęty ścisk w brzuchu. Nic tu się nie opłaca.

Nie opłaca się aż do tego momentu, kiedy ktoś powie ci to, czego nie mówi się na co dzień. Nie rozmawia się o tym za dnia pomiędzy telefonami, zbiórkami, wyjazdami i spotkaniami. Czasem ktoś wspomni o tym wieczorem przy ognisku, ale często brzmi to sztucznie i nazbyt patetycznie. Nie mówi się o tym na odprawach, rzadko pisze w harcerskiej prasie, nawet instruktorzy o tym nie gadają, kiedy się spotykają. I dobrze, bo to ważna prawda, nie ma co jej spłycać. Słyszysz ją rzadko, może nawet o niej zapomniałeś. Chcę ci o niej przypomnieć.

To, co robisz, jest ważne.
To, co robisz, jest potrzebne.
To, co robisz, pomaga innym ludziom.
To, co robisz, otwiera innym świat.
To, co robisz, wydobywa innych z beznadziei.
To, co robisz, pomaga innym odkryć talenty.
To, co robisz, jest dobre.

Pomyślałbym, że to banały, gdyby nie fakt, że znam takich, którzy dopiero w harcerstwie dowiedzieli się, że są wartościowymi ludźmi. W domu, w którym ojciec i matka pili, nikt im tego nie powiedział.

Znam takich, którzy dzięki harcerstwu zdali maturę, choć poważnie obawialiśmy się, czy dadzą sobie radę w zawodówce. Chcieli równać w górę – udało się.

Znam takich, których harcerstwo postawiło w tylu rolach życiowych, że w końcu odnaleźli tę, w której czują się najlepiej. Zrobili z tego swój zawód i dziś uwielbiają swoją pracę, a pracodawcy ich cenią.

Znam takich, których harcerstwo zmieniło z zahukanych chłopców w odważnych i śmiałych mężczyzn. Spełniają swoje marzenia, bezczelnie patrząc lękowi w twarz.

Znam takich, których harcerstwo nauczyło, że fajnie jest bezinteresownie zrobić coś dla innych. Dziś w harcerstwie i poza nim pokazują to kolejnym ludziom.

Moi bohaterowie (istnieją naprawdę – znam ich nazwiska i historie) byli jednak najpierw niedowartościowani, niedouczeni, zagubieni, tchórzliwi i egocentryczni. Pojawił się jednak na ich drodze ktoś, kto pokazał, że można inaczej. Idę o zakład, że ten ktoś miewał czasem taki piekielny ścisk pośrodku brzucha.

Każdy może być liderem

Autor: Agnieszka Bader

Gdy kilka lat temu uczestniczyłam w kursie drużynowych, oceniano nas, między innymi, na podstawie umiejętności… bycia liderem. W założeniu każdy miał potrafić prowadzić grupę, lecz nie zawsze to wychodziło. Trudno przewodzić w grupie przywódców, wśród których są osoby, które po prostu mają takie cechy charakteru. Po kursie myślałam, że nie nadaję się do bycia instruktorem, gdyż nie urodziłam się liderem.

Moje myślenie zweryfikowało życie. Założyłam drużynę i poprowadziłam ją, dałam radę. Nauczyłam się zarządzać ludźmi, często na własnych błędach. Zrozumiałam, jakie są style przewodzenia grupie i wybrałam odpowiedni dla siebie. I choć w codziennym życiu nie muszę być liderem, umiem wcielić się w tę rolę, jeśli zajdzie potrzeba.

Po kilku latach był kurs podharcmistrzowski i ten sam stres – czy zaliczę, skoro nie mam naturalnych cech przywódczych. Zauważyłam, że nie tylko ja. Było kilkoro naturalnych liderów, musiały więc być osoby o innym temperamencie. Na szczęście kadra uświadomiła nas: nie musicie mieć natury osoby prowadzącej grupę. Ważne, byście potrafili to robić w swojej pracy instruktorskiej.

Niedawno miałam okazję objąć funkcję redaktor naczelnej pewnego studenckiego miesięcznika. Zastąpiłam dziewczynę, która – moim zdaniem – ma cechy liderskie. Niestety jej styl prowadzenia redakcji pozostawiał wiele do życzenia, a mnie sporo do naprawy. Wierzcie mi, że gdyby nie wyuczona zdolność do prowadzenia grupy, nie podołałabym. Dzięki harcerstwu nabyłam niezwykle cenną umiejętność, z której będę mogła korzystać przez całe życie, w różnych sytuacjach.

Wyobrażacie sobie, że na kursie są sami kierownicy i zarządcy? Wyobrażacie sobie, że w drużynie, zespole instruktorskim, grupie projektowej czy miejscu pracy wszyscy są liderami? Masakra! Pozabijaliby się, zamiast cokolwiek zrobić. Dlatego istnieją różne role grupowe. Ważne, by odkryć swoją i ją zaakceptować. Każda ma dobre i złe cechy, ale można nad tym pracować i rozwijać w odpowiednim kierunku. Oczywiście nie zawsze, nie wszędzie i nie w każdym zespole nasza rola jest taka sama. Na przykład w drużynie możemy być liderami, a wśród przyjaciół ze studiów specjalistami. Raz przejmujemy inicjatywę, raz ją oddajemy innym.

Jeśli jesteś instruktorem, musisz umieć prowadzić grupę. Ale to nie oznacza, że powinieneś być liderem w każdej sytuacji życiowej. Kto by to wytrzymał? Nie daj sobie wmówić, że jako przewodnik, podharcmistrz bądź harcmistrz masz za zadanie zająć się każdym zespołem ludzkim na świecie, bo bez ciebie wszystko się posypie. A jeśli masz takie zboczenie, pamiętaj, by dać możliwość przewodzenia innym, którzy chcą nabyć tę umiejętność. Nie ma ludzi niezastąpionych.

Bądź harcerzem!

Autor: Piotr Gorniak

Kiedy zostałem drużynowym, miałem masę pomysłów i chęci. Najchętniej od razu zrealizowałbym je wszystkie naraz, ale był jeden problem – czas. Szkoła, życie prywatne i drużyna wędrownicza zajmowały swoje, więc na mój milion pomysłów nie starczyło doby. Co w takiej sytuacji najłatwiej zrobić? Oczywiście zrezygnować z czegoś. A że ze szkoły raczej trudno, a życie prywatne też jest dość potrzebne, to wybór był prosty – przestaję się udzielać w drużynie wędrowniczej. Nie odszedłem z niej całkowicie, ale na zbiórce pojawiałem się raz na półtora miesiąca, a nie tak jak wcześniej co tydzień. I wtedy się okazało, że jednak zrobienie tego wszystkiego, co chciałem, nie jest takie proste. Nie chodziło nawet o umiejętności – starszy instruktorzy służyli radą i pomocą w każdej chwili, wystarczyło poprosić. Po prostu przestało mi się chcieć. Harcerstwo przestało być pasją, a zaczęło być pracą, którą trzeba było zrobić. Nie było już w tym wszystkim tej radości, która towarzyszyła mi na początku.

W psychologii funkcjonuje termin wypalenia zawodowego. Mówi się o nim, gdy praca przestaje dawać satysfakcję, pracownik przestaje się rozwijać zawodowo, czuje się przepracowany i niezadowolony z wykonywanego zajęcia, które kiedyś sprawiało mu przyjemność. Brzmi znajomo?

Idea harcerstwa jest fantastyczna. Musi być, skoro porwała tylu ludzi. Ale wszyscy oni nie tylko dawali harcerstwu, ale też z niego czerpali.

Drużynowy ma mnóstwo możliwości, żeby poczuć harcerstwo na własnej skórze. Drużyny wędrownicze, kręgi akademickie i instruktorskie stoją otworem. Zbiórki, biwaki i inne akcje stwarzają okazję do ponownego poczucia na sobie harcerskiej metody i zaczerpnięcia programowych inspiracji. A przede wszystkim sprawią, że harcerstwo dalej będzie przygodą, a nie miejscem pracy.

A co z tymi, którzy nie mają możliwości brać udziału w regularnych spotkaniach? Wtedy zawsze można skorzystać z szerokiej oferty zlotów, warsztatów i innych okazjonalnych imprez. Nie będzie to to samo, co systematyczne „ładowanie akumulatorów”, ale takie akcje często dają ogromne pokłady motywacji, która starcza na długo.

Ksiądz Kazimierz Lutosławski powiedział, że „harcerstwo to nie jest coś, co się robi. Harcerstwo to jest coś, czym się jest”. Druhno drużynowa, druhu drużynowy – żeby móc świadomie i w pełni stosować harcerską metodę, trzeba odczuwać ją na sobie i widzieć ją w praktyce. Nie bądź pracownikiem harcerskiej korporacji. Bądź instruktorem, który sam też stara się czerpać z tej organizacji jak najwięcej. Nie zatrać harcerskości w swoim podejściu. Bądź drużynowym, ale pozostań harcerzem.

O przekazywaniu

Autor: Andrzej Walusiak

Trzy lata to nie jest długi staż. Ale i tak w środowisku, w którym wędrownictwa nigdy wcześniej nie praktykowano, była to tytaniczna praca. W międzyczasie w drużynie harcerskiej zaczęło dorastać kolejne pokolenie nastolatków. Naturalną koleją rzeczy mieliśmy ich przyjąć do naszego dzieła – 101 Poznańskiej Drużyny Wędrowniczej. Okazało się, że są schody!

Pomijając istotną kwestię, że drużynowy w osobie autora tego tekstu rażąco zaniedbywał swoje obowiązki, integracja studentów ze świeżo upieczonymi licealistami okazała się nie do przeskoczenia. Z pojedynczymi osobami udało nam się dogadać, ale reszta okazała się wyłączona z naszych działań. Pewnie dało się to rozwiązać inaczej. W końcu jest co najmniej kilka sposobów na taką sytuację, z czego najprostszym i najwłaściwszym byłaby rezygnacja z systemu patroli zadaniowych i stworzenie stałych zastępów. Tam działałyby osoby w swoich paczkach i byłoby dobrze.

Udało nam się jednak spojrzeć na naszą ekipę inaczej. Patrząc na nas z zewnątrz, nikt nie miałby wątpliwości, czym jesteśmy. Ale czasem nawet to, co oczywiste, trudno zauważyć z samego środka wydarzeń. Mieliśmy problem z ustaleniem sztywnego terminu zbiórki, bo każdy miał pracę/studia/partnera/inne ważne sprawy (niepotrzebne skreślić). Pełniliśmy też różne inne funkcje w harcerstwie. Stało się dla nas jasne, że przestaliśmy być drużyną wędrowniczą, a zaczęliśmy być kręgiem instruktorskim. Akurat u nas w szczepie istniał już taki twór, w którym brakowało działań i członków. Więc jako weterani drużyny wędrowniczej przenieśliśmy się tam.

Są działania, jakie można zorganizować wspólnie w drużynie z dużym przekrojem wieku. Dobry drużynowy na pewno potrafiłby zorganizować na przykład biwak drużyny tak, żeby członkowie zarówno mający szesnaście, jak i dwadzieścia lat przyjęli odpowiedzialne zadania. Ale nikt mnie nie przekona, że to łatwe do zrobienia. Gdy początkujący wędrownik usiądzie przy stole z dziewiętnastoletnim przewodnikiem, oczywistą rzeczą dla niego będzie, że to instruktora zadaniem jest załatwienie tych odpowiedzialnych spraw. Od drużynowego sporo pracy będzie wymagało, aby taki wędrownik chciał się zająć czymś poważnym.

Trudno mi jednak wyobrazić sobie zbiórkę, która polega na dyskusji o jakimś poważnym problemie, gdzie jest grupa osób z pierwszej klasy liceum i drugiego roku studiów. Takie rozmowy zawsze dosyć szybko zdominowane stają się przez tych drugich. I nie ma się czemu dziwić. Na nic tu syzyfowa praca drużynowego nad włączeniem wszystkich do rozmowy. To normalna sytuacja. Problemem jest jednak to, że w takiej ekipie trudno realizować podstawowe zadanie harcerstwa – wychowanie.

Przekazanie drużyny kojarzy się ze zmianą na funkcji drużynowego. Dla nas to było coś więcej. Przekazaliśmy naszą sto pierwszą kolejnemu pokoleniu. Nie zostawiliśmy tam swojego bagażu przerośniętych wędrowników z podkładkami pod krzyżem. W naszej byłej drużynie zostali ludzie, którzy pasowali tam wiekiem i instruktor, który chciał ją poprowadzić. My poszliśmy tam, gdzie nasze miejsce – do kręgu instruktorskiego. Wszyscy są teraz dużo szczęśliwsi.

Mógłbym tu napisać o tym, co stało się z drużynami, które przegapiły ten moment. Pewnie jakby ktoś się postarał, to przygotowałby jakąś mądrą uchwałę stwierdzającą, ilu instruktorów może być w drużynie wędrowniczej, zanim stanie się kręgiem instruktorskim. Ale harcerstwo to takie miejsce, gdzie najlepiej wychodzą rzeczy, do których dojdziemy sami. Dlatego postarajcie się czasem spojrzeć na swoje drużyny z boku. To dużo daje.

Poza strefą komfortu

Autor: Helena Koralewska

„Jak to… kiedy NIE jest drużynowym? Przecież jest nim cały czas”.
„No… chyba nic, to znaczy na pewno szykuje coś dla nas”.
„Zawsze odbiera telefon, to chyba ma wolne”.

Każdy drużynowy i każda drużynowa zna to spojrzenie – kiedy oczy małego harcerza czy małej harcerki lśnią bezbrzeżnym podziwem. Kiedy nie wiadomo, co powiedzieć, gdy słyszy się pełne zachwytu „Ooo ja!”. Kiedy dziecko z dumą wskazuje „Mamo, to właśnie MÓJ drużynowy”. To są momenty, które kolekcjonują wszyscy instruktorzy noszący granatowy sznur, które chowają w skrzyniach z najmilszymi wspomnieniami. Tak jak każdy medal ma dwie strony, tak i podziw podopiecznych jest nie tylko nagrodą „za zasługi”. Nie ma chyba nic bardziej zobowiązującego niż ta nadzieja, którą żywią harcerze, że ich drużynowy MOŻE WSZYSTKO.

„Jak to – niemożliwe? Moja drużynowa radzi sobie ze wszystkim”.

„No, jak coś jest niemożliwe, to ten… nie no, to nie wiem. Przecież dla drużynowego nie może być niemożliwe”.

„Mój drużynowy gdzieś się nauczył, że wszystko jest możliwe, no i że da się”.

Tajemnica bycia prawdziwie wyjątkowym drużynowym nie jest żadną tajemnicą, choć – wiadomo – dostępna jest nielicznym. Kto ją może zgłębić? Na pewno osoba, która ma oczy i uszy szeroko otwarte, bo takie sekrety mają zwyczaj skrywać się w najmniej spodziewanych miejscach – może właśnie w spojrzeniu małej harcerki czy małego harcerza. Tam, gdzie wzrasta autorytet drużynowego. Drużynowy jako instruktor podejmuje się wielu prób, zdobywa naramiennik wędrowniczy, realizuje zadania na stopnie instruktorskie, zdobywa coraz ambitniejsze stopnie harcerskie, jeździ na kursy. Tam nabywa umiejętności, bez których nie sposób poruszać się w tej funkcji. Inspirację zaś i potrzebę rozwoju zdobędzie, patrząc w oczy swoich podopiecznych. To lepsze niż odbicie w lustrze. Przecież nie można powiedzieć takiemu maluchowi, który uważa drużynowego za superbohatera, że coś się nie uda! I to właśnie jest ten element, który nieubłaganie stawia poprzeczkę coraz wyżej. Żeby jednak to dobrze zrozumieć, drużynowy musi się otworzyć na rozwój, który wiąże się ze zdobywaniem doświadczenia, które z kolei wiąże się z ryzykiem. Rozwój i doświadczenie zdobywamy wtedy, gdy wychodzimy poza sferę komfortu i gdy sytuacja przekracza nasze plany i oczekiwania – jak pisze psycholog Jacek Walkiewicz. Podopieczni będą podziwiać swoich drużynowych ZAWSZE. Wielkim zadaniem drużynowego jest jednak, aby ten podziw był uzasadniony, aby pokazać, że to wcale nie jest bajka – i że naprawdę nie ma dla harcerza rzeczy niemożliwych!

Skarb czy zło konieczne?

Autor: Rafał Derkacz

Zdarzyło się tak w moim życiu, że dwa razy w dość długim odstępie czasu prowadziłem gromadę zuchową. Najpierw jako bardzo młody i niedoświadczony szczyl, a potem jak zacząłem studia i traktowałem ją bardziej jako frajdę, chcąc naprawić błędy z przeszłości. W pierwszym przypadku rodzice moich zuchów byli dla mnie zmorą, a w drugim – nieocenionymi pomocnikami w pracy.

Nie zapomnę do końca życia, jak przyszła do mnie na jedną z pierwszych zbiórek gromady mama jednego z zuchów i wyciągnęła listę pytań dotyczących bieżącej działalności i przebiegu zbiórek. Zatkało mnie. Przerażony, że na pewno chodzi o coś grubszego, zacząłem coś jąkać, że mam kursy, że jest opiekun, że bawimy się co tydzień. Kobieta patrzyła na mnie jak na pajaca! Do tej pory się dziwię, że powierzyła mi dziecko na kilka następnych lat. Teraz wydaje mi się bardzo logiczna troska o swoją pociechę, bo oddawała mi pod opiekę swój 7-letni skarb. Wtedy byłem oburzony, dlaczego mi nie ufa, przecież jestem superdruh i zajmę się jej dzieckiem najlepiej na świecie.

Poczucie, które buduje w nas ZHP, jest bardzo dobre, bo jesteśmy odpowiedzialni i dojrzali już w wieku 16 lat. Mamy tak naprawdę w rękach życie kilkunastu osób, z którymi to zazwyczaj radzimy sobie doskonale. Ale w poczuciu tych rodziców niestety jesteśmy jeszcze małolatami. Czy da się coś z tym zrobić? Oczywiście, że tak! Przede wszystkim nie ściemniajmy i nie kreujmy inaczej rzeczywistości. Grajmy w otwarte karty. Jeżeli rodzic będzie wiedział, że my nie jesteśmy pełnoletni, ale na każdej ze zbiorek jest obecny opiekun, bo zadbanie o niego to nasz obowiązek, a przede wszystkim będziemy informować ich o wszystkim na bieżąco, to oni nie będą zmartwieni, a my mamy wolną rękę do działania. Pamiętajmy, że to działa w obie strony. Oni też muszą po partnersku dać nam pełną wiedzę na temat ich dziecka. Na spotkania zabierajcie ze sobą opiekuna, który zdecydowanie nada powagi temu wydarzeniu i w ostrzale pytań będzie wam pomocny. Gwarantuję wam, że dobrze poinformowany rodzic to szczęśliwy rodzic! Jak mama czy tato będą mieli okazję co tydzień zobaczyć ryjek swojej uśmiechniętej pociechy na blogu drużyny czy fanpage’u na Facebooku, to będzie istny miód na ich serca!

Kiedy prowadziłem pierwszy raz gromadę, bardzo często brakowało mi pieniędzy na najbardziej banalne rzeczy, tj. mazaki czy papier, o wielkich gadżetach nie mówiąc. Hufiec nie pomagał, a moje oszczędności nie zawsze wystarczały. Znajoma sytuacja? Ile już dołożyłeś do interesu, co? Ja myślę, że miałbym ze dwa samochody. Żałuję tylko, że byłem taki głupi. Nie z powodu dokładania do zbiórek, bo to sprawiało mi frajdę, ale z powodu niewykorzystania potencjału rodziców „moich dzieci”. Dopiero prowadząc gromadę na studiach, zdałem sobie sprawę z tego, że jeżeli będą oni widzieć, jak bardzo ich dziecko cieszy się przychodzeniem na zbiórki i nie mówi o niczym innym, to dla nich przeznaczenie dodatkowych kilkunastu złotych na działanie gromady nie nadszarpnie domowego budżetu, a nam po prostu uratuje życie! Trzeba zapamiętać jedną ważną rzecz. Rodzice wysyłają swoje dzieci na karate, śpiewy, plastyki do domów kultury, wydając na to grube pieniądze, bo zależy im na wszechstronnym rozwoju pociechy. Na naszych zbiórkach dziecko uczy się tego wszystkiego naraz i to prawie za darmo. Stwarzaj więc godne warunki dla podopiecznych, dbając, aby miały odpowiednie materiały i aby twoje zbiórki nie traciły na atrakcyjności przez brak środków. Pieniądze się na pewno zawsze znajdą, a jak nie chcesz prosić rodziców wprost o fundusze, rób listę materiałów potrzebnych do zbiórek i proś raz w miesiącu, aby mamy kupiły po jednej rzeczy z listy. Musimy zdawać sobie sprawę, że nasi harcerze są tak ważni w życiu swoich rodziców, że oni zrobią dla nich wszystko, a nam to ułatwi robotę!

Jak się ma 16 lat, to często nie przychodzą do głowy oczywistości, no bo i skąd? Kiedyś przez kilka dni szukałem w moim mieście transportu na jeden z rajdów gromady. Gimnastyka nieziemska, bo przecież jak harcerstwo, to wyjazd musi kosztować jak najmniej. Wreszcie się udało. Okazało się, że podjedzie busik w umówione miejsce, nie kosztował nawet tak dużo, więc misja zakończona sukcesem. Nie zdajecie sobie sprawy, jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że na miejscu kierowcy siedział tato jednego z zuchów. Żona mu coś mówiła, że syn jedzie na wycieczkę, ale on nie pokojarzył faktów i pyta, dlaczego wcześniej nie mówiłem. Może dlatego, że nie wiedziałem? Syn przedstawia gromadę, pokazuje odznaki, tato wniebowzięty i takim oto sposobem rozradowany tatulo tym, że mógł nam pomóc, zawiózł nas na miejsce prawie za darmo. Myślę sobie: trzeba iść za ciosem. Na kolejnym zebraniu z rodzicami rozdałem ankiety, w których rodzice mieli wpisać swoje zainteresowania, miejsca pracy oraz rodzinne kontakty, z których moglibyśmy skorzystać. Niesamowita liczba bardzo przydatnych informacji! Gromada była za darmo na torze gokartów, miała uszyte chusty przez jedną z babć i zwiedziła sąd rejonowy. Połowa programu rocznego zrobiła się sama. Mało tego, mamy tak się wkręciły w zuchowanie, że jeździły z nami na biwaki, prześcigały się w zakupionych gadżetach harcerskich,  a potem w tym, która jedzie z nami następnym razem. Cyrk na kółkach! Od razu chciały mieć mundury i zdobywały stopnie instruktorskie. Mamuśki uradowane, bo dziecko pod kontrolą, one mogą pojechać jak za starych czasów pod namiot bez mężów, a ja mam kilka naprawdę troskliwych opiekunów i święty spokój z nerwowym tłumaczeniem się przed rodzicami. A wszystko po to, by dzieciom było jak najlepiej.

Wiem, że bywa różnie i różni są rodzice. Przerabiałem ich setki w przeciągu lat. Ale dla tych kilku naprawdę zaangażowanych rodziców warto podjąć tę współpracę. Nie mówię, żeby od razu zakładać Rady Przyjaciół Harcerstwa. Chodzi wyłącznie o wyciągnięcie w ich stronę ręki. Na początek zaproszenie na ognisko wystarczy, bo przypomni im, jak sami siedzieli przy nim kilkadziesiąt lat temu. Pomoc z ich strony jest na wyciagnięcie. Znają swoje pociechy najlepiej i na pewno będą służyć pomocą we wszelkich możliwych sprawach. Dlatego nie traktujmy ich jako zło konieczne, a raczej jako partnerów i sojuszników w naszej pracy.

Kto tu jest najważniejszy?

Autor: Monika Czokajlo

Za każdym razem, kiedy idę ze znajomymi ulicą, a z naprzeciwka nadciąga jakaś ekipa w mundurach, powtarza się to samo: „Patrzcie, harcerze! Monika, każ im się zameldować, przecież jesteś tym… no… podharcmistrzem”. „Ustaw towarzystwo na baczność, przemusztruj, jesteś w końcu namiestnikiem”. Końca nie widać.

Ja jednak nie chcę pisać o tym, jak nas postrzegają na zewnątrz, ale o tym, jak samym zdarza nam się traktować własne funkcje. Mam bowiem poważne obawy, że myśl o „awansie”, przez moich znajomych przywoływanym żartobliwie, wcale nierzadko całkiem na poważnie towarzyszy niektórym w instruktorskiej karierze. I o ile mogę z przymrużeniem oka potraktować brata, który po raz setny pyta, czy moja „władza” sięga już całego miasta, czy nadal tylko dzielnicy, o tyle niepokój budzi we mnie instruktor, który każdą funkcję traktuje niczym kolejny szczebel zawodowej drabiny.

Z uporem maniaka powtarzam bratu. Powtarzam znajomym. Ale może warto powtórzyć też instruktorom? Najważniejszą funkcją w ZHP jest drużynowy. Wszystkie inne są podporządkowane jemu. Komendy, zespoły, wszelkie struktury mają jeden podstawowy cel – wspieranie działalności wychowawczej w drużynach. Komenda hufca jest po to, żeby jego środowiskom działało się lepiej. Albo wręcz: wygodniej. Szczep zdejmuje z barków drużynowego całą sferę gospodarczą, pozwala mu skoncentrować się na programie, na wychowaniu.

Drużynowy nie może być traktowany jak młokos, ponieważ to on jest pierwszym wychowawcą w tej organizacji. To on wykonuje największą pracę, on bezpośrednio oddziałuje na wychowanków, on realizuje podstawowe cele naszego ruchu. Trudno o większy wyraz zaufania niż powierzenie mu opieki nad dziećmi.

– To właśnie im cała pozostała kadra ZHP powinna ufać najbardziej, im należy się największe wsparcie, największy szacunek i największe słowa uznania – przekonuje Grzegorz Całek, były komendant Hufca Warszawa-Żoliborz. – Tym bardziej że przed zwłaszcza młodymi drużynowymi stoi wiele innych, ciekawych wyzwań, istnieje wiele innych pól rozwoju, miejsc, gdzie można się realizować. A jednak wybierają trudną pracę wychowawczą z dziećmi.

Drużynowi są często młodzi. Siedem procent drużynowych ma mniej niż 18 lat. Blisko czterdzieści procent nie ma stopnia instruktorskiego. Brak im doświadczenia. Zdarzają się kłopoty ze rozumieniem metodyki i nieumiejętne jej stosowanie. Ale przyznając im granatowe sznury, wysyłamy jeden niezmiernie ważny komunikat: ufamy ci, jesteś na tyle dojrzały, że powierzamy ci opiekę nad dziećmi, od tej pory stajesz się wychowawcą i odpowiadasz za ich bezpieczeństwo.

– Drużynowy, zwłaszcza młody, ma prawo popełniać błędy, ma prawo wyważać otwarte drzwi – stwierdza Grzegorz. – Jest to normalne i nie wolno – w imię źle pojętego dobra drużyny – zabierać drużynowemu jego wyłącznego prawa do decydowania o tym, co dla jego gromady czy drużyny najważniejsze. Drużyna jest drużynowego, a nie szczepowego czy namiestnika. Nie ma dla mnie nic gorszego niż ubezwłasnowolnienie przez szczepy swoich drużynowych – odebranie im prawa do decydowania o sobie, w skrajnych przypadkach nawet o tym, czy dalej będą prowadzić drużynę, swoją drużynę.

Czasem ktoś tak bardzo chce pełnić daną funkcję, że właśnie z tego powodu pełnić jej nie powinien. Bo obok wartości rozwoju instruktorskiego – której w żaden sposób nie chcę negować – stoi bardzo prosty motyw, którego nie powinno się spychać na dalszy plan. Chęć dzielenia się z innymi swoim bagażem doświadczeń. Pod warunkiem oczywiście, że się te doświadczenia posiada. Jeśli z jakichś powodów nie czuję się na siłach, to danej funkcji się nie podejmuję. Srebrny, złoty, skórzany sznur może wygląda efektownie (choć mi zawsze najbardziej podobał się granatowy) i wzbudza podziw. Ale jeśli jest głównym motywatorem do obejmowania funkcji, to coś tu jest nie tak.

Obserwuję drużynowych, ale im ufam. Wspieram, ale daję wolną rękę. I na pytanie, jaka już jestem ważna w tym harcerstwie, odpowiadam, że jest ponad siedem tysięcy ważniejszych ode mnie.