Kto tu jest najważniejszy?

Autor: Monika Czokajlo

Za każdym razem, kiedy idę ze znajomymi ulicą, a z naprzeciwka nadciąga jakaś ekipa w mundurach, powtarza się to samo: „Patrzcie, harcerze! Monika, każ im się zameldować, przecież jesteś tym… no… podharcmistrzem”. „Ustaw towarzystwo na baczność, przemusztruj, jesteś w końcu namiestnikiem”. Końca nie widać.

Ja jednak nie chcę pisać o tym, jak nas postrzegają na zewnątrz, ale o tym, jak samym zdarza nam się traktować własne funkcje. Mam bowiem poważne obawy, że myśl o „awansie”, przez moich znajomych przywoływanym żartobliwie, wcale nierzadko całkiem na poważnie towarzyszy niektórym w instruktorskiej karierze. I o ile mogę z przymrużeniem oka potraktować brata, który po raz setny pyta, czy moja „władza” sięga już całego miasta, czy nadal tylko dzielnicy, o tyle niepokój budzi we mnie instruktor, który każdą funkcję traktuje niczym kolejny szczebel zawodowej drabiny.

Z uporem maniaka powtarzam bratu. Powtarzam znajomym. Ale może warto powtórzyć też instruktorom? Najważniejszą funkcją w ZHP jest drużynowy. Wszystkie inne są podporządkowane jemu. Komendy, zespoły, wszelkie struktury mają jeden podstawowy cel – wspieranie działalności wychowawczej w drużynach. Komenda hufca jest po to, żeby jego środowiskom działało się lepiej. Albo wręcz: wygodniej. Szczep zdejmuje z barków drużynowego całą sferę gospodarczą, pozwala mu skoncentrować się na programie, na wychowaniu.

Drużynowy nie może być traktowany jak młokos, ponieważ to on jest pierwszym wychowawcą w tej organizacji. To on wykonuje największą pracę, on bezpośrednio oddziałuje na wychowanków, on realizuje podstawowe cele naszego ruchu. Trudno o większy wyraz zaufania niż powierzenie mu opieki nad dziećmi.

– To właśnie im cała pozostała kadra ZHP powinna ufać najbardziej, im należy się największe wsparcie, największy szacunek i największe słowa uznania – przekonuje Grzegorz Całek, były komendant Hufca Warszawa-Żoliborz. – Tym bardziej że przed zwłaszcza młodymi drużynowymi stoi wiele innych, ciekawych wyzwań, istnieje wiele innych pól rozwoju, miejsc, gdzie można się realizować. A jednak wybierają trudną pracę wychowawczą z dziećmi.

Drużynowi są często młodzi. Siedem procent drużynowych ma mniej niż 18 lat. Blisko czterdzieści procent nie ma stopnia instruktorskiego. Brak im doświadczenia. Zdarzają się kłopoty ze rozumieniem metodyki i nieumiejętne jej stosowanie. Ale przyznając im granatowe sznury, wysyłamy jeden niezmiernie ważny komunikat: ufamy ci, jesteś na tyle dojrzały, że powierzamy ci opiekę nad dziećmi, od tej pory stajesz się wychowawcą i odpowiadasz za ich bezpieczeństwo.

– Drużynowy, zwłaszcza młody, ma prawo popełniać błędy, ma prawo wyważać otwarte drzwi – stwierdza Grzegorz. – Jest to normalne i nie wolno – w imię źle pojętego dobra drużyny – zabierać drużynowemu jego wyłącznego prawa do decydowania o tym, co dla jego gromady czy drużyny najważniejsze. Drużyna jest drużynowego, a nie szczepowego czy namiestnika. Nie ma dla mnie nic gorszego niż ubezwłasnowolnienie przez szczepy swoich drużynowych – odebranie im prawa do decydowania o sobie, w skrajnych przypadkach nawet o tym, czy dalej będą prowadzić drużynę, swoją drużynę.

Czasem ktoś tak bardzo chce pełnić daną funkcję, że właśnie z tego powodu pełnić jej nie powinien. Bo obok wartości rozwoju instruktorskiego – której w żaden sposób nie chcę negować – stoi bardzo prosty motyw, którego nie powinno się spychać na dalszy plan. Chęć dzielenia się z innymi swoim bagażem doświadczeń. Pod warunkiem oczywiście, że się te doświadczenia posiada. Jeśli z jakichś powodów nie czuję się na siłach, to danej funkcji się nie podejmuję. Srebrny, złoty, skórzany sznur może wygląda efektownie (choć mi zawsze najbardziej podobał się granatowy) i wzbudza podziw. Ale jeśli jest głównym motywatorem do obejmowania funkcji, to coś tu jest nie tak.

Obserwuję drużynowych, ale im ufam. Wspieram, ale daję wolną rękę. I na pytanie, jaka już jestem ważna w tym harcerstwie, odpowiadam, że jest ponad siedem tysięcy ważniejszych ode mnie.