Autor: Rafał Derkacz

Zdarzyło się tak w moim życiu, że dwa razy w dość długim odstępie czasu prowadziłem gromadę zuchową. Najpierw jako bardzo młody i niedoświadczony szczyl, a potem jak zacząłem studia i traktowałem ją bardziej jako frajdę, chcąc naprawić błędy z przeszłości. W pierwszym przypadku rodzice moich zuchów byli dla mnie zmorą, a w drugim – nieocenionymi pomocnikami w pracy.

Nie zapomnę do końca życia, jak przyszła do mnie na jedną z pierwszych zbiórek gromady mama jednego z zuchów i wyciągnęła listę pytań dotyczących bieżącej działalności i przebiegu zbiórek. Zatkało mnie. Przerażony, że na pewno chodzi o coś grubszego, zacząłem coś jąkać, że mam kursy, że jest opiekun, że bawimy się co tydzień. Kobieta patrzyła na mnie jak na pajaca! Do tej pory się dziwię, że powierzyła mi dziecko na kilka następnych lat. Teraz wydaje mi się bardzo logiczna troska o swoją pociechę, bo oddawała mi pod opiekę swój 7-letni skarb. Wtedy byłem oburzony, dlaczego mi nie ufa, przecież jestem superdruh i zajmę się jej dzieckiem najlepiej na świecie.

Poczucie, które buduje w nas ZHP, jest bardzo dobre, bo jesteśmy odpowiedzialni i dojrzali już w wieku 16 lat. Mamy tak naprawdę w rękach życie kilkunastu osób, z którymi to zazwyczaj radzimy sobie doskonale. Ale w poczuciu tych rodziców niestety jesteśmy jeszcze małolatami. Czy da się coś z tym zrobić? Oczywiście, że tak! Przede wszystkim nie ściemniajmy i nie kreujmy inaczej rzeczywistości. Grajmy w otwarte karty. Jeżeli rodzic będzie wiedział, że my nie jesteśmy pełnoletni, ale na każdej ze zbiorek jest obecny opiekun, bo zadbanie o niego to nasz obowiązek, a przede wszystkim będziemy informować ich o wszystkim na bieżąco, to oni nie będą zmartwieni, a my mamy wolną rękę do działania. Pamiętajmy, że to działa w obie strony. Oni też muszą po partnersku dać nam pełną wiedzę na temat ich dziecka. Na spotkania zabierajcie ze sobą opiekuna, który zdecydowanie nada powagi temu wydarzeniu i w ostrzale pytań będzie wam pomocny. Gwarantuję wam, że dobrze poinformowany rodzic to szczęśliwy rodzic! Jak mama czy tato będą mieli okazję co tydzień zobaczyć ryjek swojej uśmiechniętej pociechy na blogu drużyny czy fanpage’u na Facebooku, to będzie istny miód na ich serca!

Kiedy prowadziłem pierwszy raz gromadę, bardzo często brakowało mi pieniędzy na najbardziej banalne rzeczy, tj. mazaki czy papier, o wielkich gadżetach nie mówiąc. Hufiec nie pomagał, a moje oszczędności nie zawsze wystarczały. Znajoma sytuacja? Ile już dołożyłeś do interesu, co? Ja myślę, że miałbym ze dwa samochody. Żałuję tylko, że byłem taki głupi. Nie z powodu dokładania do zbiórek, bo to sprawiało mi frajdę, ale z powodu niewykorzystania potencjału rodziców „moich dzieci”. Dopiero prowadząc gromadę na studiach, zdałem sobie sprawę z tego, że jeżeli będą oni widzieć, jak bardzo ich dziecko cieszy się przychodzeniem na zbiórki i nie mówi o niczym innym, to dla nich przeznaczenie dodatkowych kilkunastu złotych na działanie gromady nie nadszarpnie domowego budżetu, a nam po prostu uratuje życie! Trzeba zapamiętać jedną ważną rzecz. Rodzice wysyłają swoje dzieci na karate, śpiewy, plastyki do domów kultury, wydając na to grube pieniądze, bo zależy im na wszechstronnym rozwoju pociechy. Na naszych zbiórkach dziecko uczy się tego wszystkiego naraz i to prawie za darmo. Stwarzaj więc godne warunki dla podopiecznych, dbając, aby miały odpowiednie materiały i aby twoje zbiórki nie traciły na atrakcyjności przez brak środków. Pieniądze się na pewno zawsze znajdą, a jak nie chcesz prosić rodziców wprost o fundusze, rób listę materiałów potrzebnych do zbiórek i proś raz w miesiącu, aby mamy kupiły po jednej rzeczy z listy. Musimy zdawać sobie sprawę, że nasi harcerze są tak ważni w życiu swoich rodziców, że oni zrobią dla nich wszystko, a nam to ułatwi robotę!

Jak się ma 16 lat, to często nie przychodzą do głowy oczywistości, no bo i skąd? Kiedyś przez kilka dni szukałem w moim mieście transportu na jeden z rajdów gromady. Gimnastyka nieziemska, bo przecież jak harcerstwo, to wyjazd musi kosztować jak najmniej. Wreszcie się udało. Okazało się, że podjedzie busik w umówione miejsce, nie kosztował nawet tak dużo, więc misja zakończona sukcesem. Nie zdajecie sobie sprawy, jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że na miejscu kierowcy siedział tato jednego z zuchów. Żona mu coś mówiła, że syn jedzie na wycieczkę, ale on nie pokojarzył faktów i pyta, dlaczego wcześniej nie mówiłem. Może dlatego, że nie wiedziałem? Syn przedstawia gromadę, pokazuje odznaki, tato wniebowzięty i takim oto sposobem rozradowany tatulo tym, że mógł nam pomóc, zawiózł nas na miejsce prawie za darmo. Myślę sobie: trzeba iść za ciosem. Na kolejnym zebraniu z rodzicami rozdałem ankiety, w których rodzice mieli wpisać swoje zainteresowania, miejsca pracy oraz rodzinne kontakty, z których moglibyśmy skorzystać. Niesamowita liczba bardzo przydatnych informacji! Gromada była za darmo na torze gokartów, miała uszyte chusty przez jedną z babć i zwiedziła sąd rejonowy. Połowa programu rocznego zrobiła się sama. Mało tego, mamy tak się wkręciły w zuchowanie, że jeździły z nami na biwaki, prześcigały się w zakupionych gadżetach harcerskich,  a potem w tym, która jedzie z nami następnym razem. Cyrk na kółkach! Od razu chciały mieć mundury i zdobywały stopnie instruktorskie. Mamuśki uradowane, bo dziecko pod kontrolą, one mogą pojechać jak za starych czasów pod namiot bez mężów, a ja mam kilka naprawdę troskliwych opiekunów i święty spokój z nerwowym tłumaczeniem się przed rodzicami. A wszystko po to, by dzieciom było jak najlepiej.

Wiem, że bywa różnie i różni są rodzice. Przerabiałem ich setki w przeciągu lat. Ale dla tych kilku naprawdę zaangażowanych rodziców warto podjąć tę współpracę. Nie mówię, żeby od razu zakładać Rady Przyjaciół Harcerstwa. Chodzi wyłącznie o wyciągnięcie w ich stronę ręki. Na początek zaproszenie na ognisko wystarczy, bo przypomni im, jak sami siedzieli przy nim kilkadziesiąt lat temu. Pomoc z ich strony jest na wyciagnięcie. Znają swoje pociechy najlepiej i na pewno będą służyć pomocą we wszelkich możliwych sprawach. Dlatego nie traktujmy ich jako zło konieczne, a raczej jako partnerów i sojuszników w naszej pracy.

Polecamy

Zacznij pisać i naciśnij Enter aby wyszukać